16 lutego 2026
Monika Braun – uzasadnienie autorstwa Dariusza Kortko
Monika Braun. Aktorka, kulturoznawczyni, pisarka, nauczycielka akademicka, wykłada m.in. na Akademii Sztuk Pięknych we Wrocławiu.
Cenimy ją za pasję i konsekwencję, z jaką od lat stara się rekonstruować świat polskich Żydów. Za to, że w swoich książkach przypomina nam o naszych współobywatelach, którzy wnieśli olbrzymi wkład w polską i europejską kulturę, naukę i historię. Za pamięć o milionach kobiet, mężczyzn i dzieci, naszych sąsiadów, którzy zginęli w czasie Shoah. Za pytania o sens cierpienia, pogardy, zbrodni, które nienauczone przez historię, wciąż do nas wracają. Za odwagę upominania się o słabszych, odrzuconych, wykluczanych. Za głośne wołanie: „Jestem z nimi!”.
Jest osobą niezależną, która odważnie manifestuje swoje przekonania. Odpycha ją bezmyślne powtarzanie prawd bez uzasadnień i ślepe posłuszeństwo. Woli wątpić niż wierzyć. Wolność i rozumienie świata są dla niej wartościami fundamentalnymi. Od dziecka była outsiderką, „czarną owcą” w konserwatywnej rodzinie, rozdrażnionej jej lekceważącym stosunkiem do społecznych norm. Wiedzieli o tym do niedawna jedynie jej krewni, przyjaciele, współpracownicy i studenci. Ale w czasach, gdy kłamstwo, manipulacja i konformizm miewają się doskonale, Monika Braun udowadnia, że prawda, sprawiedliwość czy przyzwoitość bywają silniejsze niż więzy krwi. Niechętnie opuściła bezpieczną sferę prywatną, by stanąć w świetle reflektorów.
Słynny list, w którym odcięła się od działań i poglądów swojego brata, a potem jej liczne wystąpienia, stały się bardzo ważnym elementem dyskusji o granicach w polityce i odpowiedzialności za słowa i czyny. Porusza nas, że o swoim bracie wciąż potrafi myśleć ze wzruszeniem. Pokazuje nam małego chłopca, z którym kąpała się w jednej wannie, a potem razem jadła kaszkę mannę polaną przez mamę sokiem malinowym. Przypomina, że „był zaczątkiem wspaniałego człowieka: wrażliwego, inteligentnego, otwartego na świat, który sam siebie zniszczył przez bezpardonowe dążenie do realizacji własnych, egotycznych celów. Co się z nim stało? I czy jest nadzieja na odmianę?
Monika Braun podsuwa nam myśl, która szczególnie rezonuje w mojej głowie i może być odpowiedzią na te pytania. Otóż „każdemu się wydaje, że jego los jest wyjątkowy i bezcenny. Potem umiera. Zapominane są opowieści o nim, listy, siedziby, miłości, choroby”. To memento niesie smutek, bo przeminie dobro, które tworzymy. Jednocześnie daje nadzieję, że taki sam los spotka zło, które wyrządzamy.
Krzysztof Czyżewski – uzasadnienie autorstwa Aleksandry Klich
Nominacja do nagrody Kazimierza Kutza dla Krzysztofa Czyżewskiego, wybitnego pisarza, eseisty, poety, reżysera i animatora kultury, twórcy Fundacji „Pogranicze” i Międzynarodowego Centrum Dialogu w odremontowanym dworze rodziny Czesława Miłosza w Krasnogrudzie. Artysty, który łączy ludzi tam, gdzie dzieli ich nacja, kultura, wiara: w Europie Środkowej, na Bałkanach, Kaukazie, Azji Środkowej, Indonezji, Bhutanie, Afryce Północnej i innych pograniczach świata. Wykładowcy wielu uniwersytetów w Europie i Stanach. W ciemnych czasach, gdy czekamy na światło, które przyniesie zmianę, kapituła Nagrody Kazimierza Kutza postanowiła nominować do niej człowieka, który nie czeka biernie na nadzieję, tylko działa, codziennie, krok po kroku, wbrew zwątpieniu, bo, cytując Rebeccę Solnit, „nadzieja tkwi w założeniu, że nie sposób przewidzieć, co się stanie w przyszłości, i że w tej szczelinie niepewności powstaje przestrzeń do działania”.
Nominacja dla Krzysztofa Czyżewskiego to nominacja za:
niestrudzone budowanie mostów i przekraczanie granic, inspirowanie i tworzenie projektów, które łączą ludzi z różnych światów. Za nieustanne wskazywanie, że potrafimy działać ponad własne możliwości, wbrew lękom, kompleksom i słabościom. Za żarliwą wiarę, że ludzie są dobrzy, nikt nie rodzi się z nienawiścią i każdy ma w sobie gotowość na zmianę. I że dzięki temu jesteśmy w stanie zbudować wspólnoty oparte na zaufaniu. Za konsekwentne dbanie o ciągłość kultury, dzięki której pozostajemy wierni wartościom ważnym dla cywilizacji, wspieranie inwestycji w edukację, domy kultury i organizacje społeczne. Za pracę nad budowaniem pokoju: przeciwstawianie się wojnie, wspieranie ukraińskich sąsiadów oraz tworzenie miejsca do życia dla wszystkich. Za niezachwianą wiarę w zakorzenienie, które daje nam siłę przeciwstawiania się nienawiści i przemocy oraz otwierania zamkniętych twierdz. I w końcu: za pokazywanie, że razem jesteśmy potężni, a podejmowane przez nas działania ostatecznie składają się na wielkie zwycięstwa.
Ryszard Kaczmarek – uzasadnienie autorstwa Jacka Siebla
Całe życie i praca zawodowa prof. dr. hab. Ryszarda Kaczmarka związane są ze Śląskiem. Urodził się w Mysłowicach, studia historyczne na Uniwersytecie Śląskim ukończył w 1982 r. i do dziś pozostaje wykładowcą w swej Alma Mater. W 2008 r. z rąk prezydenta RP otrzymał nominację profesorską. Od lat jest jednym z najważniejszych badaczy historii Górnego Śląska.
W ogromnym naukowym i popularnonaukowym dorobku Profesora szczególne miejsce zajmuje publikowana w ostatnich latach tetralogia. Jej pierwsze trzy tomy to POLACY W WEHRMACHCIE, POLACY W ARMII KAJZERA oraz POWSTANIA ŚLĄSKIE 1919–1920–1921. W wydanej w 2025 r. czwartej części śląskiego cyklu, CZY JESTEM NIEMCEM?, Autor podejmuje kolejny trudny temat – powojennych migracji mieszkańców zachodnich ziem polskich do Niemiec. Książka pozwala z nowej perspektywy spojrzeć na historię Europy Środkowo-Wschodniej, dowodząc tylko z pozoru banalnej prawdy, że każdemu wielkiemu wydarzeniu towarzyszą niezliczone ludzkie wybory i dramaty.
Wspomniana tetralogia, zwieńczona ubiegłoroczną publikacją, stanowi wyjątkowy wkład w historiografię. Autora cechuje nie tak częsty dziś obiektywizm – rzetelność archiwisty, pragnienie ukazania złożoności konfliktów i procesów pojednania na Górnym Śląsku, chęć przedstawienia możliwie pełnego obrazu wydarzeń. Otwierając kolejne perspektywy badawcze dotyczące dziejów tej ziemi i stosunków polsko-niemieckich, Ryszard Kaczmarek ma odwagę mówienia rzeczy niepopularnych.
Cenimy bardzo Pana Profesora za naukowe opracowanie niepodejmowanych dotąd na taką skalę tematów, nierzadko stanowiących wręcz badawcze tabu, za łączenie historii regionu z doświadczeniami jednostki, za naukową rzetelność i umiejętność przystępnego opisywania skomplikowanych zagadnień. To właśnie dzięki tym walorom po Jego książki sięgają nie tylko historycy, ale wszyscy, którzy choć trochę interesują się historią.
My, Ślązacy, możemy być dumni z naszej literatury i z literatury o nas powstającej w XXI wieku, w której dorobek prof. Ryszarda Kaczmarka zajmuje ważne miejsce.
Katarzyna Sobańska i Marcel Sławiński – uzasadnienie autorstwa Ewy Niewiadomskiej
Katarzyna Sobańska i Marcel Sławiński to duet artystyczny, którego inwencja zdaje się nie mieć granic. Oto oni na planie „Idy” Pawła Pawlikowskiego z wachlarzem propozycji: pustkowia, ruiny, śnieżne bezkresy, mieszkania zmrożone komunistyczną, złą aurą. Powstała z nich czarno-biała kompozycja na miarę Oskara, a Amerykańska Akademia Filmowa zaprosiła dwójkę znakomitych scenografów do swojego grona.
Dla najnowszego filmu „Chopin, Chopin!” Michała Kwiecińskiego francuskie Bordeaux zmienili w Paryż. Chopin pokazał nam się we wnętrzach, które mogą się tylko przyśnić. Wsiadał do powozów, których scenografowie szukali w całej Francji. „To wszystko rodzi się z nieprzespanych nocy i z notesów, które prowadzimy w głowie, nie tłumimy też pierwotnej wyobraźni” – powiedzieli w jednej z moich radiowych audycji. Wiele produkcji, w których biorą udział, ma swój śląski element. Pamiętają dobrze miejsca, które tutaj, u nas, dobrze mogą służyć filmowi.
Dano mi pół strony, aby opisać Marcela i Kasię. To niemożliwe zadanie zakończę wspomnieniem obsypanego nagrodami spektaklu „Pod presją” Mai Kleczewskiej, najbardziej wstrząsającego chyba obrazu depresji, jaki powstał w polskim teatrze. To oni oprawili, szybujący w głównej roli, talent Sandry Korzeniak w ramy scenografii. Dali jej chorobie małe pola: łóżko, łazienkę, miejsce przy stole. Dali jej wykreowane cudem na scenie światło dzienne, które pozwala nam zobaczyć coś jaskrawego. Ludzki ból.
Jestem prawdziwe wzruszona i zaszczycona mówiąc o Was tych parę słów.
Wojciech Smarzowski – uzasadnienie autorstwa Krystyny Doktorowicz
Wojciech Smarzowski – reżyser, scenarzysta, mistrz polskiego kina. Laureat wielu prestiżowych nagród. Ale także być może pierwszej nagrody Lauru Konrada w 2002 roku, nagrody dla młodych reżyserów na festiwalu teatralnym INTERPRETACJE wymyślonym i tworzonym przez Kazimierza Kutza. Reżyser obdarzył polską kinematografię ikonicznymi dziełami, które wzbudziły, jak żadne inne, wielki pożar uczuć, krzyk niezgody i wielką boleść naszego polskiego obcowania z naszymi słabościami, z naszym złem. Ale także z naszą bezbronnością, brutalnością zdarzeń historycznych jak „Wołyń”, czy zwykłym ludzkim zagubieniem w prostocie życia. Już w pierwszym filmie, w „Weselu”, Smarzowski śmieje się szyderczo z polskiej prowincji, głupiej, zdemoralizowanej i pijanej. I już wtedy spotyka się z zarzutem, że przerysowuje rzeczywistość, że nie tak, że demaskatorska krytyka idzie za daleko. Że nie tak. No to jak? Jak w filmie „Kler”, gdzie jako pierwszy polski filmowiec Smarzowski ukazał z całą jaskrawością powoli i w traumach odkrywany obraz zła w polskim kościele katolickim. Film pokazał to, co wiemy, ale wielu wolałoby nie wiedzieć. I znów pojawiły się krytyki, że to obraz jednostronny, że nieprawdziwy, że przeinaczenia historyczne. Że nie tak. Ale właśnie tak. Potrzeba nam przeglądać się w lustrze, nawet wtedy, gdy pragniemy je gwałtownie stłuc. Reżyser w całej swojej twórczości nie przestaje nas niepokoić, zmuszając do refleksji, choć nie pozwala na gesty litości i oczyszczenia. „Dom zły” zanurzony w brudzie życia nas przeraża, ale także otwiera oczy. Podobnie jak zrealizowany wiele lat później „Dom dobry”. Smarzowski znów sięga po temat przemocy, jej siły, morderczej manipulacji i wielkiego lęku w bezradności. Naturalizm, z jakim Smarzowski przedstawia ludzi i wydarzenia, woła do nas o zmianę, działanie i uwolnienie od złych tradycji, złych nawyków i obojętności. Nie oszczędza naszej wspólnoty, choć nie chce intencjonalnie nas zmieniać i pouczać. A jednak Wojciech Smarzowski to reżyser perfekcyjnie łączący sztukę z głębokim przesłaniem. Cechuje go niezwykły talent złączony z niebywałą odwagą, swoistą tylko dla Wielkich Artystów.