LAUREAT 2026
Laudacja Pana Wojciecha Smarzowskiego, Laureata Nagrody im. Kazimierza Kutza, wygłoszona podczas uroczystej Gali w Teatrze Śląskim, w dniu 16 lutego 2026 r.
Szanowni Państwo, Wysoka Kapituło, Drodzy Goście,
Spotykamy się dziś, by uhonorować artystę, którego twórczość nie pozwala na obojętność. Kazimierz Kutz mawiał, że sztuka musi „uwierać”. Nie ma być dekoracją. Nie ma być ładną opowieścią do snu. Ma prowokować, wytrącać z wygody. Ma wyrastać z prawdy o człowieku – nawet jeśli ta prawda jest brudna, bolesna i skrzętnie zamiatana pod dywan narodowych mitów.
Dzisiejszy Laureat jest – w tym sensie – najwierniejszym spadkobiercą tej filozofii. Choć idzie własną drogą. Bez manifestów. Bez deklaracji. Z kamerą ustawioną tam, gdzie inni woleliby nie zaglądać. Kiedy myślimy o jego kinie, nie przychodzą nam do głowy ładne kadry. Przychodzi nam do głowy napięcie. Ciężar. Emocjonalny wstrząs. To nie są filmy, które się „ogląda”. To są filmy, przez które się przechodzi. Jego kamera nie jest chłodnym obserwatorem. Jest narzędziem. Czasem jak skalpel, który rozcina tkankę społeczną. Czasem jak reflektor, który nagle zapala się w ciemnym pomieszczeniu. A czasem jak lustro, którego nie da się stłuc ani zasłonić. Bo w tych filmach przeglądamy się my wszyscy. W jego opowieściach odbija się społeczeństwo – ze swoimi traumami i ze swoimi kompleksami. Z historią, która wciąż pulsuje pod skórą. Z pamięcią, której nie udało się zagłuszyć.
Od lat obserwujemy, jak z bezkompromisową precyzją demontuje mechanizmy zła. Czy to w roztańczonym, dusznym „Weselu”, gdzie alkohol i ambicja mieszają się z frustracją. Czy w krajobrazie naznaczonym historią, która wciąż krwawi. Czy w murach prywatnych domów, które miały chronić, a stawały się więzieniem. Zawsze interesuje go moment pęknięcia. Ten moment, w którym człowiek przestaje być bohaterem własnej opowieści, a staje się jej ofiarą lub sprawcą. I zawsze zadaje to samo pytanie: jak do tego doszło? To kino nie oskarża z łatwością. Ono bada. Rozkłada na czynniki pierwsze. Szuka źródła. Szuka odpowiedzialności. A odpowiedzialność – w jego świecie – nigdy nie jest zbiorowa i bezosobowa. Zawsze ma twarz.
W swojej najnowszej wypowiedzi artystycznej – „Dom dobry” – Laureat wraca do przestrzeni najbardziej intymnej. Do domu, ale nie do domu jako symbolu. Nie do domu jako dekoracji, ale do domu, w którym mieszka wielu z nas. Pod pozorem codziennej rutyny, pod warstwą czułych słów i wspólnych posiłków, rozgrywa się dramat cichy, a przez to najgroźniejszy. „Dom dobry” stawia pytanie, czy dobro można zadekretować. Czy wystarczy je nazwać, by stało się rzeczywistością. Kiedy troska staje się kontrolą, a miłość zamienia się w przemoc. Kiedy milczenie jest pierwszym sojusznikiem zła. To film o mechanizmach. O tym, jak łatwo usprawiedliwiamy własne decyzje, jeśli robimy to „dla dobra”. Szczególnie własnego. I znów – reżyser nie moralizuje. Nie podsuwa gotowych odpowiedzi. Zostawia widza z pytaniem, które wraca jeszcze długo po wyjściu z kina: czy mój dom jest „dobry”, a może po raz kolejny zobaczyłem siebie w lustrze, które stawia przede mną reżyser? To właśnie ta intymność sprawia, że film jest tak bolesny. Bo nie możemy go odesłać do historii. Nie możemy powiedzieć: to było kiedyś, to było gdzie indziej. To dzieje się tu. I teraz.
Choć nagroda, którą dziś wręczamy, ma swoje korzenie tutaj – na Śląsku – jej sens jest szerszy. Kazimierz Kutz cenił ludzi, którzy „stoją o własnych siłach”. Którzy nie kłaniają się modom. Którzy nie szukają wygodnej akceptacji. Dzisiejszy Laureat od lat jest wierny tej maksymie. Nie szuka bezpiecznych tematów. Nie łagodzi tonu, gdy robiło się niewygodnie. Nigdy nie wycofywał się pod naporem krytyki. Jest w nim ta sama przekora, którą miał Kutz. Ta sama niezgoda na uproszczenia. Ta sama wiara w aktora – bo jego kino jest przecież teatrem wielkich ról. Aktorzy w jego filmach nie grają postaci. Oni przechodzą przez graniczne doświadczenia. To twórca, który ufa, że prawda rodzi się z napięcia. Z ryzyka. Z przekroczenia. Mówi się o nim, że jest pesymistą. Ale czy artysta, który z taką determinacją szuka prawdy, może być nihilistą? W jego twórczości jest głęboka wiara w to, że nazwanie zła po imieniu jest pierwszym krokiem do jego oswojenia. Że tylko to, co wypowiedziane, może zostać przepracowane.
To nie jest kino rozpaczy. To jest kino odpowiedzialności. Jego warsztat jest surowy i precyzyjny. Montaż nie służy ozdobie. Muzyka nie służy wzruszeniu dla samego wzruszenia. Światło nie służy estetyce. Wszystko podporządkowane jest jednemu celowi: wywołać wstrząs, który nas, widzów, obudzi. To twórczość totalna. Pochłaniająca. Często niewygodna. Czasem bolesna. Ale zawsze uczciwa. Bo uczciwość jest tu słowem kluczowym. Uczciwość wobec widza. Uczciwość wobec historii. Uczciwość wobec samego siebie.
Szanowni Państwo,
Nagroda im. Kazimierza Kutza trafia dziś w ręce człowieka, który nie boi się dotykać ran i ich rozdrapywać. Który udowodnił, że kino może być sumieniem wspólnoty. Który swoją postawą pokazuje, że bycie artystą nie jest zawodem – jest odpowiedzialnością. Za bezkompromisowość. Za odwagę w przełamywaniu tabu. Za konsekwencję w budowaniu własnego języka. Za to, że nie pozwala nam spać spokojnie. Za to, że zmusza nas do patrzenia, choć wolelibyśmy odwrócić wzrok.
Z ogromną dumą i zaszczytem ogłaszam, że laureatem Nagrody im. Kazimierza Kutza zostaje Wojciech Smarzowski.
Robert Talarczyk