Za nami gala wręczenia Nagrody im. Kazimierza Kutza i honorowego tytułu „Ambasador Śląska”. Przeczytaj laudacje autorstwa prof. Andrzeja Gwoździa i Roberta Talarczyka.

18 lutego 2026

Publikujemy treść dwóch znakomitych laudacji: autorstwa prof. Adrzeja Gwoździa opisującej zasługi Grażyny Bułki i Alojzego Lyski oraz Roberta Talarczyka na temat Wojciecha Smarzowskiego.

Szanowni Państwo,

czuję się zaszczycony móc wygłosić laudację na cześć laureatów tegorocznej edycji konkursu Nagrody im. Kazimierza Kutza w kategorii Ambasador Śląska. Właśnie laureatów, bo Kapituła nagrody postanowiła w tym roku uhonorować ex aequo dwie osoby. Jestem jednocześnie w niemałym kłopocie, bo jak tu sprawiedliwie obdzielić honorami dwie osobistości tak niezwykłe, umysły tak piękne, w dodatku zespolone w jeden uniwersalny silesiański stop, o jakim marzył patron tej nagrody? 

Jeśli ambasador to ktoś, kto reprezentuje kogoś innego, kto zostaje powołany po to, by strzec dobrego imienia tego, kogo reprezentuje, zyskiwać zaufanie coraz to nowych osób i starać się o to, aby lepiej rozumiano tych reprezentowanych, to oboje laureaci są znakomitymi ambasadorami w podwójnym znaczeniu. Po pierwsze, są rozpoznawalnymi od lat twarzami marki, której na imię Górny Śląsk, przyczyniając się jak mało kto do tworzenia niepowtarzalnej aury wokół niej, dbając o jej kulturowe dziedzictwo, z językiem śląskim na czele. A ten język tkwi w nich niczym zakodowany genetycznie sposób bycia, ostoja na złe i dobre czasy, bo w nim potrafią najlepiej wyrazić swoje najskrytsze myśli i uczucia. To nasi znakomici influencerzy, którzy na swoich aktorskich vlogach i literackich blogach prowadzą nas po koleinach Górnego Śląska, nieustannie dbając o to, aby Śląsk nie wymknął się nam z serc i umysłów, i nie zamknął w folklorystycznej cepelii. Ale jednocześnie ambasadorują sobie wzajem, podnosząc rangę własnej marki w imię wyznawanego przez obydwoje przekonania: „Obce znać – dobrze, swoje – święty obowiązek”. Łączy ich niezmiennie duchowa wspólnota przodków, rozciągająca się między świętochłowickimi Lipinami a „przywiślańskim kraiczkiem Ziemi Pszczyńskiej”, jak go nazywa Laureat, z ową bojszowską najmniejszą ojczyzną, na pierwszym planie.

Kapituła Nagrody imienia Kazimierza Kutza nie miała wątpliwości, że to oni właśnie, łącząc od lat w jedno sztukę i los Śląska z zaangażowaniem społecznym: „dzioucha z Lipin” (jak sama mówi o sobie), Grażyna Bułka i Alojzy Lysko – „mój bojszowiok”, jak pisał o nim patron nagrody, „mój”, bo z Bojszów, tej „wspaniałej wsi”, pochodziła babka Kutza – zasłużyli ex aequo na tytuł Ambasador Śląska. 

W jednym z telewizyjnych wywiadów Laureatka wspominała, jak to oglądając na tej scenie – mógł być rok 1980 albo 1981 – Zapach dojrzałej pigwy Iona Druce w reżyserii Kutza, z Iwoną Świętochowską, wówczas jeszcze nie Kutzową, w roli głównej. Też ten spektakl oglądałem, może nawet byliśmy na tym samym przedstawieniu, ale kiedy ja myślałem o recenzji do „Życia Literackiego”, ona marzyła o zostaniu aktorką. No i wymarzyła sobie: 44 lata na scenie, połowa z tego z Cholonkiem albo dobrym Panem Bogiem z gliny Janoscha i Mirosława Neinerta oraz Roberta Talarczyka, grubo ponad sto ról teatralnych, więcej niż 400 odsłon Hanki, no i 10 lat tutaj, w Teatrze Śląskim.  

Lipiny czy Bojszowy – jedna górnośląska kraina w cieniu dwóch różnych, ale jakże podobnych obozowych tragedii – Auschwitz-Birkenau i świętochłowickiej „Zgody” – zasnuwana mgławicami śląskiego losu: dramatem volkslisty, traumą „chorych na taty” synów i córek, bo wojna zabrała im ojców i poraniła matki, tragedią wywózek na Sybir… Losu opowiedzianego przenikliwie najpierw przez Alojzego Lyskę w Jak Niobe… Opowieści Górnośląskiej, a potem przez Grażynę Bułkę mistrzowsko podanego w wyreżyserowanym przez Mirosława Neinerta monodramie Mianujom mie Hanka, z którym zawiało ich aż na salony Parlamentu Europejskiego (2023), choć, jak relacjonował Łukasz Kohut, bez udziału europosłów Zjednoczonej Prawicy na widowni. A później do sali kolumnowej Sejmu (2024) – tu jednak znowu bez udziału posłów z PIS, choć tym razem przynajmniej się udało, bo rok wcześniej nie pozwoliła na to ówczesna marszałkini Sejmu. „My nosimy w sobie wielowiekowe dziedzictwo – że tak powiem – europejskie. Nosimy Europę w sercu, gdy tymczasem wielu Polaków Europą się brzydzi i wciąż wzdycha do sarmackich (o)kresów?” –  mówił Laureat w wywiadzie-rzece o wymownym tytule Śląskiem wiedziony

W wielowiekowym dziejowym przeciągu między Polską a Niemcami, między losami Babek i Ōm zawiera się to, co skumulowane zostało w postaci Hanki: cały sponiewierany los tej ziemi i jej mieszkańców, co przenikliwie pointował autor monodramu: „Żydzi mają Holocaust. Jednym słowem nazywają to wszystko. Jak my te tragedie powinniśmy jednym słowem nazywać? Jest wprawdzie określenie Tragedia Górnośląska, ale ono jest jak gdyby zastrzeżone dla tych, którzy zostali wywiezieni na Sybir”.

Telewizyjna premiera Hanki po dziewięciu latach od premiery katowickiej, i to w wieczór 80. rocznicy wyzwolenia Auschwitz 27 stycznia 2025 roku, zyskała symboliczny wymiar: był to pierwszy w historii spektakl Teatru Telewizji zagrany w całości po śląsku, w dodatku jego społeczno-medialny kontekst – sąsiedztwo rocznicy, podczas której kilka lat wcześniej Marian Turski przestrzegał: „Auschwitz nie spadł nagle z nieba” – przydawał mu wyjątkowej mocy

Bo przecież o tym też jest to przedstawienie. A może nawet przede wszystkim o tym! W dodatku teatr telewizji Lyski – Neinerta – Bułki zobaczyło prawie pół miliona widzów, co sprawiło, że był on najchętniej oglądaną premierą od maja 2021 roku. Jak nigdy bodaj dotąd, w unii personalnej autora i aktorki wybrzmiał „Krzyż śląskiego losu”, zarazem tragizm pokolenia „śląskich Kolumbów”, o których regionalista Krystian Węgrzynek napisze, że „byli pierwszym od wieków pokoleniem Ślązaków wychowanych w polskiej szkole […], którzy musieli ginąć w imię głoszonych przez Hitlera idei, co czasem oznaczało bezpośrednią konfrontację z rodakiem z drugiej strony barykady”.

Ale na markę Grażyny Bułki zapracowała nie tylko Hanka! Przypomnijcie sobie Państwo Chrobokową, jak wydaje swoją córką za doktora Czornynogę w Piątej stronie świata Kazimierza Kutza i Roberta Talarczyka, Babcię Rafała z Wujka.81.Czarnej ballady Talarczyka w scenie, w której dzieli maszkietnie paczkę z NRF-u albo matkę Baumert z Tkoczy Gerharta Hauptmanna i Mai Kleczewskiej, lamentującą nad niedolą pogrążonej w biedzie rodziny, o Świętkowej z Cholonka nie wspominając. Do tego wiele ról filmowych i telewizyjnych. a każda z nich to prawdziwy aktorski klejnot w scenicznej i ekranowej odsłonie uniwersalnego, już nie tylko zapętlonego śląskiego, losu. 

I jeśli to, co swojskie, tutejsze, po prostu nasze, Grażyna Bułka potrafi podnieść na scenie do rangi uniwersalnego, Alojzy Lysko czyni w swojej literackiej osobności namacalnym źródłem odczuwania historii. „Chce nam w ten sposób powiedzieć – zauważa Ryszard Kaczmarek – że dzieje dostarczają nam tylko faktów, ale sami musimy je przeżyć, a to pozwoli nam lepiej rozumieć nie tylko przeszłość, ale może jest także ważne i dla naszej egzystencji dzisiaj”. 

To przeżywanie najpełniej daje o sobie znać w powstałych z „chorego na taty” niepowtarzalnych „legendach rodzinnych z Górnego Śląska o poległych żołnierzach Wehrmachtu” To byli nasi ojcowie, książki o tragedii bojszowiaków wcielonych do niemieckiego wojska, szczerej i prawdomównej doświadczeniem „śląskiego sieroty”. A naocznie, niemal dotykalnie można je odczuć w dokumencie Dzieci Wehrmachtu Mateusza Malinowskiego, w którym towarzyszymy Laureatowi w podróży do miejsca śmierci ojca na ukraińskim froncie.
                O dziele Lyski – barwnym, monumentalnym, wielowymiarowym i odważnym niewygodną ciągle dla wielu prawdą o „duchach wojny” wcielonych do niemieckiego wojska ojców – napisze Kutz, że to pisarstwo „autentyczne aż do bólu i ponad miarę wyobraźni”. Bo – jak mówi skołatana rodzinnymi tragediami Hanka w monodramie Lyski i Neinerta – „Polskiej historii ze śląską historią nie połączysz”.

                Szanowna Pani, Szanowny Panie, jesteśmy Wam wdzięczni za to, że jako znamienici Ambasadorowie naszej ziemi, jej mieszkańców i jej języka od lat tak wspaniale uczycie nas Górnego Śląska i ufamy, że nie zaprzestaniecie tego posłannictwa, bo bardzo Was potrzebujemy.

Oto i nasi tegoroczni Ambasadorowie Śląska: Grażyna Bułka i Alojzy Lysko!

Andrzej Gwóźdź

Szanowni Państwo, Wysoka Kapituło, Drodzy Goście,

Spotykamy się dziś, by uhonorować artystę, którego twórczość nie pozwala na obojętność. Kazimierz Kutz mawiał, że sztuka musi „uwierać”. Nie ma być dekoracją. Nie ma być ładną opowieścią do snu. Ma prowokować, wytrącać z wygody. Ma wyrastać z prawdy o człowieku – nawet jeśli ta prawda jest brudna, bolesna i skrzętnie zamiatana pod dywan narodowych mitów.

Dzisiejszy Laureat jest – w tym sensie – najwierniejszym spadkobiercą tej filozofii. Choć idzie własną drogą. Bez manifestów. Bez deklaracji. Z kamerą ustawioną tam, gdzie inni woleliby nie zaglądać. Kiedy myślimy o jego kinie, nie przychodzą nam do głowy ładne kadry. Przychodzi nam do głowy napięcie. Ciężar. Emocjonalny wstrząs. To nie są filmy, które się „ogląda”. To są filmy, przez które się przechodzi. Jego kamera nie jest chłodnym obserwatorem. Jest narzędziem. Czasem jak skalpel, który rozcina tkankę społeczną. Czasem jak reflektor, który nagle zapala się w ciemnym pomieszczeniu. A czasem jak lustro, którego nie da się stłuc ani zasłonić. Bo w tych filmach przeglądamy się my wszyscy. W jego opowieściach odbija się społeczeństwo – ze swoimi traumami i ze swoimi kompleksami. Z historią, która wciąż pulsuje pod skórą. Z pamięcią, której nie udało się zagłuszyć.

Od lat obserwujemy, jak z bezkompromisową precyzją demontuje mechanizmy zła. Czy to w roztańczonym, dusznym „Weselu”, gdzie alkohol i ambicja mieszają się z frustracją. Czy w krajobrazie naznaczonym historią, która wciąż krwawi. Czy w murach prywatnych domów, które miały chronić, a stawały się więzieniem. Zawsze interesuje go moment pęknięcia. Ten moment, w którym człowiek przestaje być bohaterem własnej opowieści, a staje się jej ofiarą lub sprawcą. I zawsze zadaje to samo pytanie: jak do tego doszło? To kino nie oskarża z łatwością. Ono bada. Rozkłada na czynniki pierwsze. Szuka źródła. Szuka odpowiedzialności. A odpowiedzialność – w jego świecie – nigdy nie jest zbiorowa i bezosobowa. Zawsze ma twarz.

W swojej najnowszej wypowiedzi artystycznej – „Dom dobry” – Laureat wraca do przestrzeni najbardziej intymnej. Do domu, ale nie do domu jako symbolu. Nie do domu jako dekoracji, ale do domu, w którym mieszka wielu z nas. Pod pozorem codziennej rutyny, pod warstwą czułych słów i wspólnych posiłków, rozgrywa się dramat cichy, a przez to najgroźniejszy. „Dom dobry” stawia pytanie, czy dobro można zadekretować. Czy wystarczy je nazwać, by stało się rzeczywistością. Kiedy troska staje się kontrolą, a miłość zamienia się w przemoc. Kiedy milczenie jest pierwszym sojusznikiem zła. To film o mechanizmach. O tym, jak łatwo usprawiedliwiamy własne decyzje, jeśli robimy to „dla dobra”. Szczególnie własnego. I znów – reżyser nie moralizuje. Nie podsuwa gotowych odpowiedzi. Zostawia widza z pytaniem, które wraca jeszcze długo po wyjściu z kina: czy mój dom jest „dobry”, a może po raz kolejny zobaczyłem siebie w lustrze, które stawia przede mną reżyser? To właśnie ta intymność sprawia, że film jest tak bolesny. Bo nie możemy go odesłać do historii. Nie możemy powiedzieć: to było kiedyś, to było gdzie indziej. To dzieje się tu. I teraz.

Choć nagroda, którą dziś wręczamy, ma swoje korzenie tutaj – na Śląsku – jej sens jest szerszy. Kazimierz Kutz cenił ludzi, którzy „stoją o własnych siłach”. Którzy nie kłaniają się modom. Którzy nie szukają wygodnej akceptacji. Dzisiejszy Laureat od lat jest wierny tej maksymie. Nie szuka bezpiecznych tematów. Nie łagodzi tonu, gdy robiło się niewygodnie. Nigdy nie wycofywał się pod naporem krytyki. Jest w nim ta sama przekora, którą miał Kutz. Ta sama niezgoda na uproszczenia. Ta sama wiara w aktora – bo jego kino jest przecież teatrem wielkich ról. Aktorzy w jego filmach nie grają postaci. Oni przechodzą przez graniczne doświadczenia. To twórca, który ufa, że prawda rodzi się z napięcia. Z ryzyka. Z przekroczenia. Mówi się o nim, że jest pesymistą. Ale czy artysta, który z taką determinacją szuka prawdy, może być nihilistą? W jego twórczości jest głęboka wiara w to, że nazwanie zła po imieniu jest pierwszym krokiem do jego oswojenia. Że tylko to, co wypowiedziane, może zostać przepracowane.

To nie jest kino rozpaczy. To jest kino odpowiedzialności. Jego warsztat jest surowy i precyzyjny. Montaż nie służy ozdobie. Muzyka nie służy wzruszeniu dla samego wzruszenia. Światło nie służy estetyce. Wszystko podporządkowane jest jednemu celowi: wywołać wstrząs, który nas, widzów, obudzi. To twórczość totalna. Pochłaniająca. Często niewygodna. Czasem bolesna. Ale zawsze uczciwa. Bo uczciwość jest tu słowem kluczowym. Uczciwość wobec widza. Uczciwość wobec historii. Uczciwość wobec samego siebie.

Szanowni Państwo,

Nagroda im. Kazimierza Kutza trafia dziś w ręce człowieka, który nie boi się dotykać ran i ich rozdrapywać. Który udowodnił, że kino może być sumieniem wspólnoty. Który swoją postawą pokazuje, że bycie artystą nie jest zawodem – jest odpowiedzialnością. Za bezkompromisowość. Za odwagę w przełamywaniu tabu. Za konsekwencję w budowaniu własnego języka. Za to, że nie pozwala nam spać spokojnie. Za to, że zmusza nas do patrzenia, choć wolelibyśmy odwrócić wzrok. 

Z ogromną dumą i zaszczytem ogłaszam, że laureatem Nagrody im. Kazimierza Kutza zostaje Wojciech Smarzowski.

Robert Talarczyk